Autorzy | Robert Cyglicki

Od ponad roku dyrektor Greenpeace Polska. Ochroną środowiska zajmuje się od 15 lat. Przed przyjściem do Greenpeace przez 3 lata, od 2006 do 2009 roku pracował m.in. ze wspólnotami afrykańskimi w Ghanie, z którymi realizował program rozwoju lokalnego.
O jarząbku, który nie był Wacławem

O jarząbku, który nie był Wacławem

Jeszcze kilka dni temu pierwszym skojarzeniem z jarząbkiem był Wacław. Teraz jest nim Puszcza Białowieska. Powalone drzewa i omszone konary. To, co dla jednych jest bałaganem i marnotrawstwem, dla jednego z najmniejszych europejskich kuraków jest schronieniem, które daje szansę na sukces lęgowy.

Do Puszczy tym razem wybrałem się na zaproszenie leśników. Przez cały dzień jeździłem po lesie i słuchałem. Niczego nowego się nie dowiedziałem. O tym, że Puszcza nie poradzi sobie bez leśnika słyszałem nie raz i nie dwa. Całe szczęście następnego dnia miałem już inne plany.

Wstawanie o 5:00 jest lekką przesadą, pomyślałem otwierając zaspane oczy. Ale nic to. Godzinę później byłem już w lesie. Zaczęło się od podglądania sikorek. Co chwilę podlatywały do niewielkich szczelin w drzewach. Kiedy śmigały po kolejnego robaczka, zapalało się światełko. Sześć, siedem, osiem i dziewięć. Ostateczna liczba piskląt lądowała w notesie naukowca. To właśnie jemu zawdzięczam tę niecodzienną przechadzkę po lesie. Choć sikory bogatki tworzą pary monogamiczne, to faceci tego mniejszego od wróbla ptaszka nie zawsze stają na wysokości zadania. Jeżeli w gnieździe jest tylko 5-6 jaj, a nie 7-14, to przestają inwestować w rodzinę. Obowiązki wykarmienia potomstwa spadają na samiczkę – o czym mogłem się przekonać. Ale nie o tym chciałem napisać.

Spacer po puszczy to nie przechadzka po parku. To przedzieranie się przez leśną gęstwinę. Pokonywanie zwalonych drzew, omijanie zmurszałych kłód i bagnistych sadzawek. To także lekcja historii. Piotrek z Wrocławia latami zastanawiał się dlaczego Niemcy nie mogli obejść drzew ścinanych przez Słowian, które tarasowały przejście leśnym traktem. Dopiero kiedy wszedł do Puszczy Białowieskiej, zrozumiał, że nic by to nie dało, bo w naturalnym lesie wywrócone drzewa i drzewiasta roślinność to bariera, której nie da się łatwo sforsować.

Każdego dnia w Puszczy toczy się walka o przetrwanie. Nieliczne drzewa dożywają sędziwego wieku. Najpierw muszą uciec spod pyska podgryzających je zwierząt, a potem cierpliwie czekać na swoje pięć minut. Jeden jedyny taki moment w ich życiu kiedy w zwartym drzewostanie pojawia się luka do zapełnienia. Naturalne procesy biologiczne i przypadek to jedyne czynniki kształtujące prawdziwy las. Kiedy zawita do niego człowiek, który „wie lepiej” co i gdzie powinno rosnąć, dla wielu roślin i zwierząt jest to początek końca. A dla nauki niepowetowana strata. Fantazyjnie wywrócone drzewa tworzą trudną do sforsowania twierdzę. Dlatego to, co kuje w oczy leśników, dla wielu gatunków jest idealnym schronieniem przed drapieżnikami.

Poniższy fragment Misia nawiązuje do tego, co wydarzyło się w ostatnim tygodniu w Puszczy Białowieskiej. Bo oprócz jarząbka, spotkałem tam też Wacława…

Opublikowano w InformacjeKomentarze są wyłączone

Debata o atomie w Polsce zamieciona pod dywan…

Debata o atomie w Polsce zamieciona pod dywan…

Katastrofa w Fukushimie wywołała na całym świecie falę dyskusji o bezpieczeństwie i przyszłości energetyki jądrowej. U nas merytoryczną debatę zamieciono pod dywan.

Rozmowa na temat elektrowni atomowych w Polsce to prawdziwe pomieszanie z poplątaniem. W rolę ekspertów z dziedziny energetyki wcielili się fizycy jądrowi, a specjalistami od bezpieczeństwa atomowego zostali politycy. Nic więc dziwnego, że w toczącej się dyskusji brakuje szerszego spojrzenia na to, co w najbliższych latach wydarzy się na polskim rynku energii i jaki wpływ na to będzie miał rządowy program energetyki jądrowej. Nie ma też rzetelnych informacji o ryzyku i bezpieczeństwie planowanych inwestycji. W zamian mamy dobrze przygotowaną kampanię opartą na informacjach zaczerpniętych z broszur reklamowych koncernów jądrowych liczących na nowe kontrakty.

Zaszczepić ideę

O tym, że energetyka jądrowa jest tania, bezpieczna i nie ma w stosunku do niej alternatyw, mają nas przekonać dziennikarze, serialowi aktorzy i popularne programy telewizyjne. Częścią założeń rządowej kampanii zatytułowanej „Bezpieczeństwo, które się opłaca” są działania promocyjne w ramach tak zwanej idea placement w różnego rodzaju programach. Na 64. stronie tego dokumentu czytamy, że „spośród wielu programów utrzymanych w konwencji Warto rozmawiać, Tomasz Lis na żywo, Teraz my, Plus-Minus itp., należy wybrać te, cieszące się nie tylko popularnością, lecz również zaufaniem odbiorców.” Wystarczy żeby pojawili się w nich odpowiedni eksperci i zaszczepili ideę budowy elektrowni atomowych. Autorzy założeń tej strategii ostrzegają jednak, że w przypadku programów publicystycznych „ryzykiem” jest otwarta debata z przeciwnikami energii jądrowej. Aby je zredukować można zamieścić „w jednym z już istniejących programów edukacyjnych / popularno naukowych kilkuminutowy blok, podejmujący temat energetyki jądrowej”. Zapewnie świetnie wypadną w nim pracownicy Instytutu Energii Atomowej w Świerku. Ci sami, którzy powołali do życia Stowarzyszenie Ekologów na rzecz Energii Nuklearnej SEREN, chcąc w ten sposób dokonać wyłomu w dotychczas spójnym stanowisku organizacji ekologicznych, które nie popierają polskiego programu jądrowego.

Wyłączyć myślenie

Opracowaniem założeń proatomowej kampanii zajmowali się prawdziwi fachowcy. Na etapie ich przygotowania uwzględnili i nawet możliwość pojawienia się takiej sytuacji kryzysowej, jaką jest awaria elektrowni atomowej. Zalecili przy tym opracowanie planów zaradczych w postaci „specjalnych procedur komunikacyjnych” i „zarządzania obiegiem informacyjnym”. Nauka nie poszła w las, bo rząd w sposób podręcznikowy od samego początku bagatelizuje problem katastrofy w Fukushimie. Argumenty typu „u nas nie ma tsunami”, „nie występują także trzęsienia ziemi” są początkiem końca rozmowy, którą puentuje stwierdzenie, że poza wszystkim „nasze reaktory będą najbezpieczniejsze i najnowocześniejsze na świecie”. Po takiej dawce informacji wyłącza się dziennikarska czujność. Do tego dochodzi odpowiednie „zarządzanie obiegiem informacji”. Na skutek czego fakt, że pani Hanna Trojanowska została pełnomocnikiem rządu ds. energetyki jądrowej, porzucając z dnia na dzień pracę w Polskiej Grupie Energetycznej, a więc spółce, która ma czerpać zyski z uruchomienia elektrowni atomowych, nie wzbudza żadnych wątpliwości.

Oszukać standardy

Mówiąc o elektrowniach jądrowych, ich bezpieczeństwie i niezawodności, musimy brać pod uwagę realia, w których przyszło nam żyć. Nasza codzienność obfituje w doniesienia o „przedsiębiorczych” wykonawcach autostrad zastępujących kruszywa do utwardzania dróg przez dużo tańszą ziemię, czy też znikaniu stalowych konstrukcji dosłownie w jedną noc. Chcąc nie chcąc musimy przyznać, że nasze standardy są niższe niż w Japonii i nie powinniśmy tego pomijać w sytuacji, w której w kraju o najwyższej kulturze technicznej, na skutek katastrofy do środowiska dostają się duże ilości radioaktywnych substancji. Na niewiele tutaj zdają się zapewnienia polskiego rządu o budowie najnowocześniejszych elektrowni, ponieważ po pierwsze reaktory generacji III+ nigdzie na świecie nie zostały jeszcze uruchomione, a po drugie żadne systemy zabezpieczeń nie dają gwarancji uniknięcia wypadku.

Spacyfikować kryzys

Brytyjski specjalista ds. bezpieczeństwa jądrowego John Large w analizie zagrożeń awarii reaktorów generacji III+, wykazał, że istnieje ryzyko odsłonięcia ich rdzeni bez względu na zaprojektowane systemy zabezpieczeń. Skutkiem takiej awarii może być rozległe skażenie radioaktywne. Tym bardziej zadziwiające jest „pacyfikowanie sytuacji kryzysowej” (kolejny cytat z założeń rządowej kampanii proatomowej), jaką dla polskiego programu jądrowego jest katastrofa w Fukushimie. W żaden sposób nie można lekceważyć skutków potencjalnych awarii, które powinny być rzetelnie odzwierciedlone w kosztach ubezpieczenia od ryzyka ich wystąpienia. O tych jednak rząd polski milczy, bo w nowym prawie atomowym wycenił je na jedyne 360 milionów euro. Tymczasem skutki katastrofy w Fukushimie liczone są w dziesiątkach miliardów euro. Jedna z wycen sprzed kilku lat pokazuje, że gdyby francuski koncern jądrowy EDF pokrywał całe koszty ubezpieczenia związane z prawdopodobieństwem wypadku, to ceny wytworzonej energii wzrosłyby automatycznie o około 300%. Przykład Japonii dobrze pokazuje, że bezpieczeństwo elektrowni atomowych słono kosztuje. Niestety w Polsce nie ma chętnych, aby za nie płacić.

Nie rozmawiać o problemach

O polskim programie energetyki jądrowej można powiedzieć jedno – robi piorunujące wrażenie. Prąd z pierwszej elektrowni atomowej ma popłynąć w naszych gniazdkach już w roku 2020. W dotrzymanie tego super ambitnego terminu nie wierzą nawet członkowie rządu. Żaden z nich jednak tego oficjalnie nie powie, bo na styku atomu z polityką liczy się przed wszystkim marketingowy blichtr. Na ten moment przyjmijmy jednak, że nie ma to większego znaczenia. Uruchomienie pierwszej elektrowni atomowej w roku 2020, czy też 2025, ma się przecież nijak do problemów polskiej energetyki. Jakby nie liczyć, do 2014 roku nie zdążymy, a będzie to najprawdopodobniej moment, w którym nasza przestarzała energetyka dostanie mocnej zadyszki. Zgodnie z dostępnymi prognozami, ilość produkowanej w Polsce energii w najbliższych kilku latach przestanie zaspokajać potrzeby naszej gospodarki. Nie mamy więc 10 lat, a jedynie 2 – 3 lata żeby zapobiec kryzysowi energetycznemu. Istnieją trzy możliwe wyjścia z tej krytycznej sytuacji. Albo zaczniemy na poważnie oszczędzać energię i wspierać jej odnawialne źródła (pierwsza opcja), albo zaczniemy importować prąd od naszych sąsiadów (druga opcja). Rozwiązaniem trzecim, pośrednim, jest wypadkowa dwóch powyższych. Czyli oszczędzamy, ale zdecydowanie mniej. Rozwijamy źródła odnawialnej energii, ale tylko na poziomie minimalnym, a resztę brakującej energii importujemy. Smutna prawda jest taka, że program budowy elektrowni atomowych skutecznie blokuje opcję pierwszą. Chcąc nie chcąc, cała polityczna para państwowej administracji idzie w gwizdek atomowych elektrowni. Na pozostałe tematy, takie jak chociażby inteligentne sieci przesyłowe, po prostu nie starcza czasu.

Powtarzać, że tania

Analizując stan infrastruktury, prognozy zapotrzebowania na energię i strukturę jej dotychczasowego zużycia w Polsce, czarno na białym widać, że to efektywność energetyczna i odnawialne źródła energii powinny być oczkiem w głowie wszystkich polityków. Bo taki, a nie inny jest najkorzystniejszy rachunek ekonomiczny dla polskiej gospodarki. Nie mam też wątpliwości, że czar „taniej energii jądrowej” pryśnie najpóźniej na etapie przygotowania i realizacji samej budowy elektrowni atomowej. Wystarczy przyjrzeć się temu, jak szybowały dotychczasowe koszty budowanych reaktorów. Powstający obecnie w Finlandii reaktor najnowszej generacji, skądinąd podawany w Polsce za „dobry” przykład, przekroczył o 60 proc. planowany budżet, natomiast o 100 proc. kwotę, która była znana fińskiemu parlamentowi przed podjęciem decyzji o budowie. Prof. Władysław Mielczarski w swoich obliczeniach wykonanych na zlecenie Polskiej Grupy Energetycznej wykazał, że koszty budowy elektrowni atomowych są większe od innych instalacji, nawet jeżeli uwzględnimy koszty emisji CO2. Niestety analiza ta, podobnie jak cała debata o programie jądrowym, zamieciona została pod dywan. Jak na razie bardziej nośne są hasła o „taniej energii jądrowej”, powtarzane w przekazach medialnych jak mantra.

Czy nam się to podoba, czy nie

Przepis na sukces energetyki jądrowej w Polsce wydaje się dość prosty – zaszczepić ideę, wyłączyć krytyczne myślenie, oszukać samych siebie, spacyfikować kryzys, nie rozmawiać o problemach i powtarzać do znudzenia, że atomowa energia jest tania. Bez względu jednak na to, czy nam się podobają elektrownie atomowe, czy też nie, musimy stawić czoła prawdzie: energetyka jądrowa jest ekonomicznie do utrzymania jedynie przy założeniu silnej pomocy państwa. Udziela jej się na etapie kredytowania inwestycji, ubezpieczenia, składowania odpadów radioaktywnych, likwidacji i rozbiórki elektrowni jądrowych. Pół wieku specjalnego traktowania tej technologii niczego w tym zakresie nie zmieniło.

*tekst opublikowany na łamach „Zielonych Wiadomości” 25.04.2011

Opublikowano w Informacje, Klimat i EnergiaKomentarze są wyłączone

Rąbią nas na Puszczy

Rąbią nas na Puszczy

Wiekowe drzewa nadal wycinane są w pień. Dzieje się tak wbrew dotychczasowym zapewnieniom Ministra Środowiska o zwiększeniu ochrony Puszczy. Nie będę dłużej zachodził w głowę, o co w tym wszystkim chodzi. Pakuję plecak i ruszam do Białowieży.

W sierpniu ubiegłego roku aktywiści Greenpeace wdrapali się na budynek Ministerstwa Środowiska, żeby upomnieć się o Puszczę Białowieską. Kiedy w pełnym słońcu transparent „I love Puszcza” zdobił fasadę ministerialnego gmachu, światło dzienne ujrzały zasady ochrony przyrody na terenie leśnego kompleksu Puszczy Białowieskiej. Rok wcześniej, na prośbę samego ministra, przygotował je zespół ekspertów i przyrodników pod kierunkiem prof. Tomasza Wesołowskiego.

Na skutek protestu minister środowiska sięgnął do szuflady po ten dokument i sprawa zdawała się być załatwiona. Z ust ministra Kraszewskiego padło publiczne zapewnienie o przesunięciu planowanego wyrębu poza naturalne obszary Puszczy. Kilka miesięcy później dowiedzieliśmy się, że ta obietnica od początku była niemożliwa do spełnienia przed końcem 2010r. Powodem były zawarte wcześniej kontrakty na sprzedaż drewna, których zerwanie oznaczałoby stratę kilkuset tysięcy złotych. Jak dla mnie to niewielka cena zachowania naturalnie odradzających się fragmentów pradawnej Puszczy. Zanim jednak zdążyliśmy podjąć jakąkolwiek polemikę, ministerstwo na specjalnej konferencji prasowej oświadczyło:

Zmniejszone pozyskanie drewna w 2011 r. wyniesie ok. 48,5 tys. m3 (dla porównania w roku 2010 – 83 tys. m3 (o 20 proc. niższe niż w roku poprzednim), 2009 – 102 tys. m3). Cięcia przesunięte zostaną poza tereny najcenniejsze przyrodniczo. Limit ten pozwoli według danych Lasów Państwowych na zaspokojenie potrzeb lokalnych mieszkańców na drewno opałowe oraz drewno dla zakładów  rzemieślniczych. Nie będzie natomiast możliwe pozyskiwanie drewna z Puszczy Białowieskiej dla celów przemysłowych, komercyjnych.

Powiało optymizmem, ale niestety tylko na moment. Znając mądrość przysłowia, że diabeł tkwi w szczegółach, poprosiliśmy ministra o spotkanie żeby ustalić co według niego oznaczają „tereny cenne przyrodniczo”. I tutaj zaczęły się prawdziwe schody. Jak się okazało kryteria wybrał wiceminister Janusz Zaleski, z zawodu leśnik, który jak mniemam nie widział powodów żeby konsultować je z przyrodnikami. Wprawdzie leśnik może być przyrodnikiem, ale w przypadku wiceministra Zaleskiego mam spore wątpliwości że tak w istocie jest. Szczególnie, że skutki jego autorytarnej decyzji poznaliśmy pod koniec zeszłego tygodnia. Jak się okazało, planowana i realizowana wycinka drzew wkroczyła do ostoi dzikiej i pięknej przyrody, o czym możecie przeczytać w apelu do Ministra Kraszewskiego.

Nie wiem o co w tym wszystkim chodzi. Kto i dlaczego nami manipuluje. Powiem więcej, nie mam ochoty dłużej się nad tym zastanawiać. Fakty mówią same za siebie. Z każdym dniem pracy wiceministra Zaleskiego – osoby bezpośrednio odpowiedzialnej za polską przyrodę – giną bezpowrotnie piękne fragmenty Puszczy.

Dlatego też pakuję plecak i ruszam do Puszczy. Zabieram ze sobą ciepłe rzeczy, mapy topograficzne, dane przyrodnicze i komputer – wszystko to, co – mam nadzieję – pomoże mi udokumentować wszystko co się tam dzieje. A na wypadek gdyby trwał wyrąb starych drzew i mój pobyt w Puszczy miał się przedłużyć, wezmę również ze sobą namiot, ale od razu uprzedzam, że łańcuchy nie będą mi potrzebne…

Opublikowano w Aktywizm, Lasy PierwotneKomentarze są wyłączone

Puszcza dziękuje – posłowie decydują. Jutro pierwsze czytanie naszego projektu

Puszcza dziękuje – posłowie decydują. Jutro pierwsze czytanie naszego projektu

250 000 Polaków kocha Puszczę – z takich hasłem pojawimy się jutro w sejmie. Okazją żeby przypomnieć się politykom jest pierwsze czytania naszego obywatelskiego projektu ustawy, która otwiera drogę do ochrony tego co piękne, zagrożone i unikalne w skali Europy. Zastanawiam się, czy będzie to czytanie przy pustej sali sejmowej?

W ostatnich dniach najwięcej czasu spędziłem nad analizowaniem kilometr po kilometrze map drzewostanowych Puszczy Białowieskiej. Na własne oczy mogłem przekonać się jak w sposób zaplanowany i systemowy przekształcamy ostatnie dzikie fragmenty przyrody w zwykłą plantację drzew. Przygnębiające zajęcie. Do życia poderwała mnie informacja o jutrzejszym czytaniu w Sejmie naszego projektu obywatelskiego. Dokumentu, który ma szansę rozpocząć debatę o dziedzictwie przyrodniczym Polski. O czymś, co jest równie ważne jak fundusze emerytalne, bo w tym samym stopniu odwołuje się do przyszłości. Mówi o tym co będzie, a nie o tym jak jest. Skupia uwagę na sprawach ważnych, bo ocalenie fragmentów kilkusetletniego dziedzictwa przyrodniczego jest obowiązkiem wobec naszych dzieci i kolejnych pokoleń.

Chciałbym wierzyć, że to jest ten czas, w którym politycy zaczną mówić o rzeczach wspólnych. Zastanowią się nad tym co chcą i mogą zostawić po swojej czteroletniej kadencji. Wydawałoby się, że ochrona dziedzictwa przyrodniczego jest właśnie czymś takim. Czymś co powinno łączyć, a nie dzielić. Podejrzewam, że jeżeli na jutrzejszym czytaniu, padną jakieś głosy z sali, to będą reprezentować głównie interesy wąskiej grupy społecznej, która jest uprzywilejowana w korzystaniu z naszego dziedzictwa. Myliłem się (jakże miło) kiedy szacowałem liczbę osób, które poprą naszą inicjatywę. Dlatego może i tym razem czeka nas niespodzianka?

A skoro już o niespodziankach mowa to czas najwyższy przedstawić Wam nasze ostatnie dziecko. Podziękowania dla wszystkich, którzy zbierając podpisy zaangażowali się w ochronę Puszczy Białowieskiej. Panie i Panowie, Karpaty Magiczne na zaproszenie Greenpeace nagrały i wydały 40. minutową płytę „Enjoy Trees”. W nagranych utworach wykorzystano przedziwne instrumenty oraz unikalne nagrania głosów zwierząt: wilków, żubra, rysia, dwóch gatunków ptaków, które wyginęły w ostatnim stuleciu w Polsce, chronionych płazów, które wyginęły w Puszczy Białowieskiej w ostatniej dekadzie, brzmienia naturalnego otoczenia, wody i… komara! To wszystko dla Was!

„Płytę nagrywaliśmy w przekonaniu, że ochrona przyrody jest częścią kultury i poprzez działania społeczne należy upominać się o wspólne dziedzictwo przyrodnicze, które nie może stanowić własności jakiejś wąskiej grupy ludzi. Tak jak Wawel nie jest własnością mieszkańców jednej dzielnicy Krakowa, tak Tatry, Puszcza Białowieska i dolina Rospudy, nie może być własnością kilku wiosek. Szczególnie cenne przyrodniczo obszary są skarbem powszechnym, nie powinny podlegać grze politycznej i być uszczuplane w imię wąskich interesów. W kulturze muzycznej i szerzej w sztuce, należy stale bronić obszarów niezależności i wolności twórczej, które podobnie jak obszary dzikiej przyrody są niezbędne dla istnienia zdrowych społeczności. Wolność, twórczość i dzika przyroda są dla nas nierozerwalnie połączone. Nagrywając płytę dążyliśmy do zbudowania brzmienia nasyconego naturalnymi dźwiękami żywego otoczenia, energią i naturalną elektryczności. Zestaw nagrań jakie znajdziecie na płycie, potraktowaliśmy jak swego rodzaju podarunkowy maxi singiel i mamy nadzieję, że poprzez różnorodność i zabawę stylami muzycznymi oraz obecność głosów dzikich zwierząt, płyta stanie się interesującym elementem oryginalnej kultury ekologicznej, jaką powoli udaje się wspólnie wypracowywać.”

Cieszcie się brzmieniem, cieszcie się drzewami – pisze Marek Styczyński, jeden z autorów płyty. Nagrania wykonał wraz z grupą przyjaciół, która nieodpłatnie zaangażowała swój czas i studio żeby stworzyć dla Was ten prawdziwy teatr dźwięków.

ENJOY TREES ! Anna Nacher, Marek Styczyński, Andrzej Widoty i Ula Stosio. W nagraniu wykorzystano dźwięki wilków, żubra i rysia dzięki uprzejmości Jana Walencika z Puszczy Białowieskiej.

Opublikowano w Aktywizm, Lasy PierwotneKomentarze są wyłączone

I love-You love-We love Puszcza

I love-You love-We love Puszcza

Trzy miesiące. Kilka tysięcy zaangażowanych osób. Ćwierć miliona zebranych podpisów. To najprostsze podsumowanie inicjatywy obywatelskiej, która otwiera drogę do ochrony całej Puszczy Białowieskiej oraz pięknych mazurskich jezior i lasów.

To największa akcja obywatelska dla ochrony przyrody w Polsce. Wiele osób nie wierzyło w jej sukces. Demagogiczny wybór pomiędzy życiem ludzkim a kwiatkami, przed jakim od wielu lat stawiają nas populiści, już na samym starcie nie nastrajał optymistycznie. A do tego wszystkiego …. Greenpeace, organizacja z przylepioną łatką eko-terrorystów, od której miało zależeć powodzenie przedsięwzięcia.

Mogliśmy załamać ręce i czekać aż pojawią się politycy, którzy nie będą awanturować się o krzyż, czy też mydlić nam oczu tym, że nie robią polityki, a zajmują się ważnymi sprawami. Oczywiście czekalibyśmy baaaaardzo długo. Bez gwarancji, że sytuacja ta kiedykolwiek się zmieni.

Postawiliśmy wszystko na jedną kartę. Chcieliśmy sprawdzić czy stanie za nami społeczeństwo. Przekonać się o tym, czy potrafimy rozmawiać z ludźmi, równie dobrze jak okupować dach Ministerstwa Środowiska. Podobno sam minister Kraszewski powiedział, czas na pokerowe „sprawdzam” wobec Greenpeace.

Bardzo szybko okazało się, że prawdziwą siłą organizacji w Polsce nie jest „rozpoznawalna marka” lecz setki naszych aktywistów i sympatyków, którzy wyszli na ulicę zbierać podpisy. Dołączyli do nas przyjaciele z innych organizacji, cudowni fani i znajomi z faceeboka i wszyscy inni, którym na sercu leży przyroda. Olbrzymiego wsparcia udzielił Adam Wajrak oraz dziennik METRO. Także radio TOK FM doceniło wartość naszej inicjatywy. Pozostałe media zostały na poboczu obywatelskiej debaty mimo, że poszczególni dziennikarze – którym chwała za to – starali się przebić z tematem.

Ostateczny wynik zbiórki podpisów jest tryumfem społeczeństwa obywatelskiego. Tym większym, że całą akcję przeprowadziliśmy bez wsparcia jakiejkolwiek telewizji. Skupiliśmy się na kontakcie z ludźmi. Rozmowie i sile naszych argumentów. Zdaliśmy egzamin z demokracji. Teraz czas na polityków.

W ciągu trzech miesięcy projekt obywatelskiej ustawy powinien zostać poddany pierwszemu czytaniu. Potem dajemy politykom kolejne trzy miesiące na poprawienie tego co ich koledzy zepsuli w 2000 roku. To właśnie w tamtym okresie wprowadzono „niewinną poprawkę” do ustawy o ochronie przyrody, która skutecznie zablokowała tworzenie i zmianę granic parków narodowych. Politycy, którzy nas zawiodą, zostaną odnotowani z imienia i nazwiska. Mają jak w banku, że zrobimy wszystko, aby odsunąć ich od władzy w przyszłorocznych wyborach. Mają się czego obawiać – gromadząc tak dużą ilość podpisów dla Puszczy po raz kolejny udowodniliśmy, że jesteśmy wyjątkowo skuteczni…

, , ,

Opublikowano w Aktywizm, Informacje, Lasy PierwotneKomentarze są wyłączone

Stacja Metro Centrum

Stacja Metro Centrum

Podpisaliście się już dla Puszczy? – Nie? Szkoda. - Poprzecie państwo obywatelską ustawę o parkach? Super. – Nie, nie zbieramy pieniędzy. – Chcemy odebrać parki politykom. – Potrzebujemy 100 tys. osób myślących podobnie.

Codziennie mijamy setki przypadkowych przechodniów. Bez jednego słowa. Bez wymieniania uprzejmości.  Zabiegani, zaganiani, przeraźliwie obojętni. Facebook zastępuje przyjaciół. Zbyt często…Tak teraz sobie o tym myślę.

Od kilku dni żyję ulicą. Tym, ile osób uda mi się zatrzymać. Z iloma porozmawiać. Tym kto, i jak szybko podpisze się pod inicjatywą. Dzień po dniu, godzina po godzinie. Stacja Metro Centrum wpisała się w codzienną niecodzienność Greenpeace. Rozmawiam i zbieram podpisy. Spędzam mniej czasu na ulicy od koleżanek i kolegów, ale robię wszystko żeby nie ominęło mnie to doświadczenie. A bywa różnie. Równie śmiesznie co przykro.

Ile Wam brakuje? – Jeszcze tylko 69 998 podpisów – śmiech. – Nie, nie, nie. Nie mam czasu – grymas. Ty Żydzie, zielona zarazo –  komplement chyba.  - Gdzie złożyć podpis? – pyta piękna kobieta. – Serce rośnie – komentuję postawioną z wdziękiem na formularzu kropkę. Dobrze, że tylko serce – odpowiada i znika w tłumie. – Damy radę  –słyszę rozmowę koleżanki. Widzę jak jej wzrok odprowadza plecy nieznajomego.

I tak każdego dnia. Bez względu na kapryśną pogodę. Stacja Metro Centrum w Warszawie.  Dzielni ludzie bezinteresownie zbierają podpisy. Aby ich wspomóc skontaktujcie się z Monią – tel. 503 614 074, – osobą tworzącą grafik dla wszystkich chętnych do włączenia się w uliczną zbiórkę. Nie jest łatwo porozmawiać ze 100 tys. osób, które myślą podobnie. Ale nie jest też trudno ich znaleźć. Wystarczy wyjść na ulicę. Poprosić Monię o podkładkę, formularz i projekt obywatelskiej ustawy. Oddajemy parki narodowi. Oddajemy Wam głos w tej sprawie.

——————————————————————————

PS. No tak, a jeśli Stacja Metro Centrum, jest zbyt daleko? Wpadnicjie tu: www.tydecydujesz.org, wypełnijcie pola na stronie, pobierzcie formularz, wypełnijcie ile tylko pól zdołacie i przyślijcie na adres z formularza. Stacja Metro Centrum może być wszędzie;-) Czekamy.

Opublikowano w InformacjeKomentarze są wyłączone

Las, którego oczy leśnika wcześniej nie widziały

Las, którego oczy leśnika wcześniej nie widziały

Każda wizyta w Puszczy Białowieskiej może być magiczna. Praktycznie bez znaczenia jest to czy oglądasz przyrodę w parku narodowym, czy też poza jego obszarem. Musisz jednak wiedzieć na co zwracać uwagę lub po prostu mieć dobrego przewodnika. W moim przypadku obie rzeczy zadziałały naraz.

Ponad dwa tygodnie temu wybrałem się z Adamem Wajrakiem na spacer po Puszczy Białowieskiej. Obejrzałem dokładnie to co jest wycinane oraz to w jaki sposób jest to robione. Coś co nazywa się cięciami sanitarnymi, choć brzmi niewinnie, na stałe przekształca naturalny las. Zakłóca rytm przyrody. Brutalnie przerywa procesy ekologiczne. Wszystko to dzieje się w majestacie prawa, bo takie a nie inne są wytyczne Ministerstwa Środowiska (sic!).

Patrz na te pnie. Te szczątki olbrzymich konarów. Tych drzew już nie ma. Zostały wycharatane – stoimy na pustym placu, a kilkanaście metrów dalej pięknie podszyty mchem las. Chwilę później mijam kolejne drzewa. Na ich korze widać wymalowane sprayem znaki. Trzy dni później dowiem się, że oznacza to dla nich rychły wyrok – takie oznaczanie to jeden ze sposobów oznaczania stref planowanej wycinki.

Zobaczcie … póki jest szansa… jakim unikalnym miejscem jest Puszcza Białowieska:

Kiedy jest się ciekawym świata nie można się nudzić. W miejscach, w których na pozór nic się nie dzieje, dostrzec toczącą się walkę i niesamowitą harmonię zarazem. Taka właśnie jest Puszcza. Sensualny koktajl obrazów, który łatwo przeoczyć. Kopalnia wiedzy, której nie sposób opanować siedząc w uniwersyteckich ławach, czy też czytając mądre książki. Świetnie pokazuje to historia profesora leśnictwa, który w latach 50. wchodząc z młodymi leśnikami do Puszczy Białowieskiej załamuje ręce i mówi, że tutaj żaden z obowiązujących modeli gospodarki leśnej się nie sprawdzi dopóki wszystkiego się nie wytnie i posadzi od nowa. Wielu z tych leśników wzięło sobie słowa mistrza głęboko do serca.

Wracając do Warszawy zabrałem po drodze autostopowicza. Młodego chłopaka z Łomży, który jechał do Katowic żeby zobaczyć się ze swoją dziewczyną. Rozmowa zeszła na Greenpeace. Cieszył się, że minister środowiska też „Love Puszcza”. Nie wiedziałem co mam mu powiedzieć. Bądź co bądź minister Kraszewski obiecał wstrzymanie wycinki na terenach cennych przyrodniczo. W najbliższą niedzielę o godzinie 13:00 na antenie radia Tok FM zapytam ministra co od tamtej pory się zmieniło. Przed i po audycji będę zbierał podpisy pod obywatelskim projektem ustawy w sprawie parków narodowych. Wy też możecie do nas dołączyć podpisując się i drukując formularz z www.tydecydujesz.org

Opublikowano w Informacje, Lasy PierwotneKomentarze są wyłączone

I love Puszcza – wygrana?

I love Puszcza – wygrana?

Trzy dni akcji na Ministerstwie Środowiska okazały się być bardziej owocne niż cały rok zabiegania o ochronę Puszczy Białowieskiej. Wygląda na to, że resortowi lżej przychodzi rozmowa o konkretach, kiedy za oknami wiszą aktywiści. I nie jest to ani zabawne, ani choć trochę odkrywcze.

O tym, że źle się dzieje w Puszczy wiadomo od dawna. Alarm podnosiły organizacje i naukowcy, pisały polskie i zagraniczne media. Informacjami na ten temat zadrukowane zostały tysiące stron raportów. Z kolei czas rozmów o ochronie puszczy liczyć można w setkach godzin. A mimo to donośny dźwięk pił od września powróci do Puszczy Białowieskiej.

Najbliższe dwa tygodnie będą wakacjami dla Puszczy. Minister zadeklarował kilkanaście dni przerwy, w czasie których żadne drzewo nie powinno zostać ścięte. Choć zobowiązuje go do tego prawo unijne (ptaki nie powinny być płoszone w okresie lęgowym), to sam z siebie nie podjął takiej decyzji.

Co później? Ustalenia mówią jasno – w przeciągu miesiąca zostaną zmienione plany cięć tak aby pod piłę nie trafiły najcenniejsze fragmenty lasu, zgodnie z wytycznymi naukowców. Ale nie łudźmy się wyrąb będzie kontynuowany. Czy wobec tego dopięliśmy swego? Zdecydowanie nie.

Jeszcze do końca tego roku wywiezionych z Puszczy zostanie kilkadziesiąt tysięcy drzew, zapewniając ludziom z okolicznych miejscowości pracę. Na zmniejszenie ilości pozyskiwanego drewna z 83 tys. na postulowane 30 tys. m3 nie było szans.

I mówiąc bez ogródek, jedyne co w tym roku możemy zrobić to dopilnować aby wyrąb prowadzono w monokulturach. W miejscach, gdzie po pięknym lesie nie ma już śladu. Zastąpiła go plantacja drzew (sprawdź jak to się robi na blogu Adama Wajraka).

Trzy dni wiszenia na ministerstwie i porażka? Nie do końca. Wszyscy uświadomiliśmy sobie, jak bliska jest nam Puszcza Białowieska i, że jak każdy inny las podlega opiece leśników. Ci, którzy są odpowiedzialni za Puszczę wydają się być nieugięci. Z kamienną twarzą odpowiadają:  natura jest leniwa –  jeśli przestaniemy wycinać stare drzewa, to tak jak byśmy w społeczeństwie mieli tylko emerytów bez dzieci. Choć większej bzdury dawno nie słyszałem, bo i puszcza, i społeczeństwo mają się najlepiej tam gdzie człowiek nie reguluje ilości starszych osobników, to jest to bardzo czytelny sygnał. Puszczy Białowieskiej będą bronić jak Stalingradu (porównanie podsłuchane u leśników).

Tymczasem w Białowieży nadal czuć puls dzikiej przyrody. Aby go zachować potrzeba czegoś więcej niż spektakularnej akcji i kilka nagłówków gazeta dnia następnego. Potrzebny jest wysiłek dziesiątek tysięcy osób, ich chęci i zaangażowania w zmianę prawa, które na dobre odbierze leśnikom i lokalnym władzom prawo do przerabiania naszego wspólnego dziedzictwa na deski, papier i zapałki. Sprawdź jaki możesz mieć w tym swój udział: www.tydecydujesz.org

Opublikowano w Informacje, Lasy PierwotneKomentarze są wyłączone

Niezatapialny Wojownik Tęczy

Niezatapialny Wojownik Tęczy

Jest godzina 23:38, 10 lipca 1985 r. Ogromny huk. Wybuch zrzuca część załogi z krzeseł w mesie flagowego statku Greenpeace. Dopiero co skończyli męczące spotkanie. Rainbow Warrior przechyla się na bok.  Doktor Andy Biedermann rusza do kabin, by sprawdzić, czy nikt nie został pod pokładem. Jego śladem podąża dokumentalista Fernando Pereira, który stara się ocalić swój cenny sprzęt fotograficzny. Następuje druga eksplozja. Cała załoga rzuca się do łodzi ratunkowych. Pod pokładem, uwięziony pozostaje Pereira.

To ostatnia i najtragiczniejsza w historii Greenpeace wyprawa Rainbow Warrior – statku legendy, który w okresie zaostrzenia zimnej wojny pomiędzy rokiem 1978 a 1985 patrolował morza i oceany. Prowadził misję przeciwko połowom wielorybów, zatapianiu radioaktywnych odpadów i substancji toksycznych. Przeciwdziałał również rozprzestrzenianiu broni nuklearnej. Kiedy Stany Zjednoczone odwracają się plecami do mieszkańców wyspy Rongelap na Pacyfiku, którym wcześniej zafundowali chorobę popromienną na skutek prób atomowych, Rainbow Warrior przewozi ich wraz ze 100 tonami dobytku na niezamieszkałą wyspę Mejtao. Dwa miesiące później zostaje zatopiony przez francuskich komandosów. Tak kończy się misja pierwszego Wojownika Tęczy: w najgorszy z możliwych sposobów. Wyprawa która miała położyć kres francuskim próbom nuklearnym na atolu Mururoa została przerwana. Wrak statku osadzono na dnie zatoki Matauri, tworząc sztuczną rafę przyciągającą morskie stworzenia. Zobaczcie to w skrócie VIDEO historię Rainbow Warriora:

Okazało się jednak, że Wojownik Tęczy jest niezatapialny. Na dowód tego w 1989 r. odbudowany zostaje Rainbow Worrior II. Mimo sędziwego wieku (52 lata), po dziś dzień kontynuuje misję pierwszego Wojownika. Jeszcze nie tak dawno mogliśmy o nim usłyszeć przy okazji starcia z francuskimi rybakami, którzy poławiali zagrożone wyginięciem tuńczyki błękitnopłetwe. Czas Rainbow Warrior II dobiega jednak końca.  Zobaczcie poniżej jak służył Greenpeace na morzach całego świata:

Od dłuższego czasu planowane jest jego zastąpienie nową jednostką. Wymagania są kosmiczne. Nowy Rainbow Warrior musi dotrzymywać tempa japońskim łodziom wielorybniczym, być wyposażony w lądowisko dla helikoptera oraz mieć na tyle niewielkie zanużenie żeby bez problemu patrolować rzekę Kongo. No i oczywiście do jego budowy muszą zostać wykorzystane przyjazne środowisku technologie.

Panie i Panowie, pozwólcie że przedstawię… Rainbow Worrior III.

W sobotę 10 lipca, z okazji 25-lecia zatopienia pierwszego Rainbow Warrior rozpoczęła się w Gdańsku uroczysta budowa jego następcy – Tęczowego Wojownika III.  Jeden z najbardziej znanych statków świata, ikona Greenpeace, powstaje w miejscu, w którym narodziła się Solidarność. Magiczne sprzężenie dwóch historii. Obie zasługują na słowa uznania.

NAJWAŻNIEJSZE DANE NOWEJ JEDNOSTKI RAINBOW WARRIOR:

Bandera: Holandia
Typ statku: jacht żaglowy z napędem silnikowym i lądowiskiem dla helikopterów
Klasa: Germanischer Lloyd; oznaczenia, w tym „Zielony Paszport”
Całkowita długość: 57,92m
Największa szerokość statku (maks.) : 11,30m
Głębokość zanurzenia (maks.) : 5,15m
Wysokość nadwodna statku: 50,15m
Tonaż brutto: 838
Ożaglowanie: maszt z ramą 2 A i 5 żaglami
Silnik główny i pomocniczy: Caterpillar
Prędkość: 15 węzłów

Opublikowano w Aktywizm, Morza i OceanyKomentarze są wyłączone


Premium Wordpress Plugin
  • RSS
  • Twitter
  • Facebook
  • Nasza Klasa
  • YouTube